środa, 27 lipca 2016

II Rozczarowanie

II
ROZCZAROWANIE
Estera cieszyła się spokojnymi nocami. Gryfonka podzielała radość blondynki, w końcu śpi ona w swoim łóżku, a przede wszystkim nie jest wykorzystywana. Nowy pan, albo jak kto woli, tymczasowy pan był miły dla dziewczyn. Pozwalał im jęść oraz pić. Zezwolił czarodziejkom kożystanie z toalety, wcześniej kiedy musiały iść za potrzebą, zmuszone były skradać się na palcach do piwnicy, albowiem tam znajdował się mały, stary wychodek, takie ciężkie życie miały. Dostały również pozwolenie na korzystanie z bibloteczki. Okazało się, iż są tam napradę ciekawe książki. Oczewiście trzeba tez wspomnieć, że człowiek w masce nie bił kobiet. Dawno już nie miały takiej swobody, wszystkie wspominały dawne czasy. Tylko Luna chodziła smutna. Chciała uciec wraz z Hermioną, ta jednak uznała, że dobrze jej na słudze u śmierciorzercy w masce.

Gdy on zajmował się papierami, prawdopodobnie były to ważne dokumenty, Gryfonka podawała mu napoje, lub jedzenie, krążyła wokół niego, niczym sęp. Nie uszło to uwadze Luny.

Za oknem padał deszcz. Wiatr z czasem przybierał na sile. Wiał tak mocno, że zerwał kabel, przewodzący prąd. W domu zapadła ciemność. Siadła cała elektryczność.

Śmierciorzerca jednym pachnięciem różdżki wznicił płomienie w kominku. Odłożył dokumenty wiedział, że na dziś pora zakączyć pracę. Dziewczyny spoglądały na niego, jedne ze strachem z powody wichury, inne skanowały każdy jego ruch, maślanymi oczami. Tylko jedna z nich patrzyła na płomienie, uśmichając się przy tym. Podeszła do kominka, usiadła na dywanie, otworzyła książkę i wyszeptała, spokojnym głosm:

-Mogę przeczytać wam świetny fragment z książki o testralach, chcecie?

Prubowała tak uspokoić towarzystwo. Mimo jej starań, żadna z pań nie odpowiedziała.

-Mogę też coś opowiedzieć. Lubicie historie?

Hermiona zrozumiała co chce osiągnąć Krukonka, w myślach pochwaliła jej inteligencję.

-Tak, opowidz coś.

Blondynka skinęla głową na słowa koleżanki. Odkrząknęła, następnie odgarnęła swoje, długie włosy do tyłu i zaczęła opowieść.

-Dawno, dawno temu, pośrodku lasu, mieszkał mężczyzna w średnim wieku. Nie miał dzieci, ani żony, towarzystwa dotrzymywał mu czarny kot. Prowadził proste życie. Nigdy nie wyżądził krzywdy drugiemu człowiekowi. Starał się życ dobrze. Pewnego dnia, podczas burzy zaginął mu jego kot. Stary kochał go tak bardzo, że postanowił go szukać. Założył swój dziurawy płaszcz i ruszył w deszcz.

Ciemny las miał wiele ukrytych niebezpieczeństw, ten kto go nie znał mógł się łatwo zgubić. Każdy liść przemukł tamtej nocy. Facet szedł,szedł i szedł. Wołał kota: ,,Bonifacy, Bonifacy!" krzyczał ,,Wyłaź Bonifacy!" Kochał swojego kota. Miał go od kąd sięgał pamięcią. Dbał o niego, jak tylko mógł. Kiedy marła mu matka, przysiągł jej na łożu śmierci, że zaopiekuje się jej pupilem. Słowa dotrzymał, kota pokochał, a ten go również miłował. Chodził, więc chłop i wołał, wołał i wołał, a futrzaka jak nie był, tak nie było.

Na środku ścieżki zauwarzył ciemna postać. Kuliła się pod starym dębem. Zmarźnięta oraz przemoknięta, wtedy star zobaczył w zaroślach parę żółtych ślepi. Spojrzał na kobietę, potem na oczy wpatrójące się w niego. Podszedł do kulącej się kobiety, odwrócił głowę i krzyknął: ,,No Bonifacy, jak nie wyjdziesz, to będziesz miał problemy. Dupsko ci zmarźnie, futro przemoknie, rozchorujesz się i zdechniesz. Nie mam czasu za tąbą biegać po lesie, sam mogę umrzeć na zapalenie płuc, a poza tym ta kobieta potrzebuje pomocy, nie wygłupiaj się i chodź, uparciuchu!". Zwierzak nie posłuchał pana. Uciekł głębiej w las. Stary zasmucił się. Kochał kota, ale serce nie pozwalało mu zostawić potrzebującej. Uznał, że dobrze czyni.

Zaprowadził kobietę do swojech nędznej chatki. Zdjął z niej przemokniete ubrania, podał zaś swoje, suche. Wskazał ręką łazienkę. Nie tracił czasu, gdy się pani przebierała on szykował dla niej coś ciepłego. Zapażył herbatę i odgrzał rosół. Nakarmił oraz napoił kobietę, położył ją spać w swoim łóżku. Upewnił się, że usnęła i ruszył szukać kota.

Wędrował przez całą noc. Nie przejmował się głodem, czy zimnem. Szukał kota wszędzie. Nawet kiedy piorun huknął niedaleko niego, nie poddał się i szukał dalej. Zwierzęcia nie znalazł. Wrócił do swego domu. W sypialni zastał czarnego kota wpatrującego się w swego pana. Kobiety już nie było.

Blondynka zerknęła na dziewczyny, wszystkie ocierały łzy. Na fotelu siedział człowiek w masce, Krukonka nie zoriętowała się kiedy tam usiadł, zrobił to bardzo cicho. Ich spojrzenia spotkały się, śmierciorzerca kiwną głową.

-Dobrze, może teraz wy coś opowiecie-zachęciła Luna-śmiało.

Tak minął im wieczór, na opowiadaniu historii. Czarodziejki starały się, jak tylko mogły dorównać w opowieściach Lunie. Śmierciorzerca siedział i słuchał, pochłaniał każde słowo z ust niewolnic.

Następnego dnia, około południa, rozległo się pukanie. Ktoś walił w drzwi bez opamiętania. Estera chciała powiadomić o tym zajściu tymczasowego pana, jednak on uprzedził ją. Musiał słyszeć nawołwania i stukanie ze swojej sypialni. Człowiek w masce pachnął różdżką.

Kiedy otworzyły się drzwi do salonu wczołgał się ranny czarodziej. Czarne szaty miał przesiaknięte krwią. Kulał na lewą nogę, rękoma starał się zatamować krwawienie, pół brzucha zostało głęboko ranieone. Wstrząsały nim konwulsje. Nawet maskę miał zniszczoną, głęgoka szrama przecieła ją na pół. Trudno w to uwierzyć, musiał dostać silnymi zaklęciami, poniewaz maski śmierciorzerców były zabezpieczone silnymi zaklęciami ochronnymi, to cud, że mężczyzna jeszcze żył.

Stłoczone w salonie dziewczyny zaczęły się rozchodzić, tylko jedna z nich została. Luna podbiegła do chłopaka chwyciła go w pasie, a następnie z pomocą drugiego śmierciorzercy, zaprowadziła go do sypialni.

Człowiek w masce oddał swój magiczny patyk blondynce, uznał, że ta lepiej wykona te zadnaie. Miał rację, dziewczyna sprawnie zamykała za pomocą magii, rany ranneo. Na koniec zdjęła mu maskę. Cała twarz była dotkliwie poparzona. Na to Krukonka nie mogła nic poradzić.

Ranny śmierciorzerca usnął w sypialni Zabiniego. Człowiek w masce kazał dwum dziewczyną spać w salonie na sofie. Zaoferowała się Luna z Esterą. Lovegood chciała dać Hermionie jakis sygnał, bądź znak. Uważała, że lepsza okazja na ucieczkę juz im się nie przytrafi. Gryfonka skutecznie unikała wzroku blondynki, chciała zostać z człowiekiem w masce.

Krukonka nie ufała Esterze, więc poczekała, aż ta zaśnie. Kiedy to nastąpiło rozpoczeła poszukiwania słabego miejsca w domu. Sprawdziła drzwi, kto wie przecierz w nocy zaklęcie mogło słabnąć? Nie osłabło, ruszyła dalej, stawiała szybkie kroki, chciała mieć to z głowy i przyokazji nikogo nie obudzić. Obszukała dokładnie kominek, czy nie ma ukrytych wejść, sprawdzała również wszystkie pojemniczki, szkatułki i inne miejsca gdzie możnaby ukryc proszek fiuu. Odsunęła dywan, mając nadzieję na znalezienie jakiejś piwnicy, bowiem w niektórych są okna na suficie, jednak ten dom chyba nie miał piwnicy. Dziewczyna postanowiła przeszukac piec w kuchni. Tam też nie znalazła proszku fiuu, ani żadnego ukrytego wejścia. Wychodząc z pomieszczenia potknęła się o szczotkę. Ta uderzając o podłoge wydała cichy brzdęk. Blondynka szybko ją odniosła. Oparła się o kij, rozejrzała się jeszcze raz po pomieszczeniu, kiedy spojrzała w górę zobaczyła szyb wentylacyjny. Szybko przyciągnęła z salonu mały stoliczek do kawy, ustała na nim, długo mocowała się z szybem. Wyjęła tłuczek do pięsa, żałowała, że nie może zamknąć się w kuchni, przecierz ktos może usłyszeć. Jednak wiedziała, że ,,ci którzy nie walczą o życie, nigdy nie poznaja jego prawdziwego smaku", więc jeszcze raz weszła na stolik i walnęła z całej siły tłuczkiem do pięsa w zawiasy kraty, te po dłuższej chwili odpadły. Luna podciągnęła się na rękach do włazu.

Było w nim strasznie ciemno. Cały był zakurzony, mimo to podążała nim w stronę światła. Kiedy doszła do końca ujrzała ogród. Na dworze panował głód nocy, gwiazdy oświtlały droge dziewczynie. Rozpoznała gwiazdozbiór Draco, wiedziała, iż to on ją prowadził. Od wolności dzieliła ją tylko jedna krata. Przypomniała sobie o Hermionie. Westchnęła, bez niej nie chciała uciekać, w końcu do Gryfonka wymyśliła to, że uciekną razem. Luna zaczęła się wycofywać. Wyciągnęła ręke i zerwała jedno winogrono, to będzie dowód na to, że znalazła wyjście. Z taka myślą poszła spać, ogrzewały ją jedynie płomienie, płonące w kominku.

Luna została zmuszona do opieki nad rannym, przez to nie mogła opowiedzieć Hermionie o swoim odkryciu. Okazja nadarzyła się dopiero podczas powrotu Blaisa.

Czarnoskóry porzegnał człowieka w masce, ogłosił swoim niewolnicom, że organizuje spotkanie oraz łaskawie powiedział im, iż takie spotkania będą trwały przez cztery następujące dni. Kiedy tylko wyszedł blondynka podbiegła do Gryfonki.

-Hermiono muszę ci coś powiedzieć-Luna pociągnęła kasztanowłosą za rękaw-to ważne-dodała.

Starsza dziewczyna kiwnęła głową. Schowały się w swoim pokoju.

-No to opowiadaj.

-Znalazłam wyjście, patrz!-Luna wyjęła z kieszeni winogrono i podała je Hermionie-zerwałam je ze ściany. Rosną na niej, ogród jest naprawde piękny, mamy szansę uciec. Hermiono to cudowne, zróbmy to dziś wieczorem, proszę!

-Dobrze, zgadzam się.

Zabini jak zwykle usiadł na kanapie, czekał na gości, a blondynka stała nad nim i czekała, aż ten wreście zakończy picie swojej ognistej. Pierwsi goście zaczęli się schodzić. Przyszedł Gregory Goyle, Astoria Greengrass, jej siostra Dafne, Pansy Parkinson oraz człowiek w masce. Tylko, że Lunie wydawałos się, iż to nie jest on. W końcu doszła do wniosku, że ma racje. Zdobienia na masce były inne, to na pewno nie jej śmierciorzerca.

Zabini polecił jej aby przyniosła siedem drinków i zawołała inne niewolnice, tak też uczyniła.

Cała ich czwórka ustawiła się obok czarnoskórego śmierciorzercy. Ten po piętnastu pinutach, jakby od niechcenia spojrzał na dziewczyny.

-Wprowadzono nowe zasady.-zaczął-Jeden śmierciorzerca może miec tylko jedną niewolnicę, więc muszę się was pozbyć. Ten pan-wskazał ręką na śmierciorzercę-weźmie którąś z was, no to która chce do niego pójść?

Luna odwróciła głowę w prawo, aby spojrzeć na Hermionę, ale jej tam nie było. Dziewczyna była już w połowie drogi do człowieka w masce. Stanęła przed nim, on zadowolony kiwną głową do Zabiniego, ten odwzajemnił jego gest.

-Wygląda na to, ,że wreszcie mam niewolnicę!

Uradowanay śmierciorzerca zdjął maskę, pod nią kryła się stara pomarszczona twarz. Mężczyzna musiał liczysobie około sześdziesiąt lat.

-Tato, idziemy już?

-Tak, Astorio najwyższy czas się zbierać.

Państwo Greengrass wstali od stołu, stary czarodziej machną różdżką, wokół nadgarstków Gryfonki, zaczęły owijac się małe, ale silne pnącza.

Krukonka przestraszyła się, niedługo przyjdzie kolej i na nią. Postanowiła zrealizować swój plan, pod wieczór namawiała dziewczyny do ucieczki, jednak żadna z nich nie chciałała uciekać. Luna wiedziała, że nie warto zwlekać.

Zabrała z kuchni butelkę pełną wody i kilka ciestek. Dłudie blond włosy spięła gumką, powoli wsunęła się do tunelu. Znów pełzła w stronę światła. Coś skrzypnęło za nią, szyb zaczął się rozwalać. Przyspieszyła tępa. Element szybu spadł za jej nogami, straciła oparcie dla nóg, desperacko chwyciła kratę, była to ostania dzieląca ja od wolności rzecz. Zwisała na rękach, dyszała ciężko. Spróbowała nieco podniesc nogi, gdy to się udało wywarzyła nimi kratę. Po winorośli zeszła na dół. Zauwarzyła brak jednego buta, więc drugiego też zdjęła.

Czuła pod stopami trawę. Uwielbiała to uczucie. Ruszyła drogą, oświetlaną przez księżyc prosto przed siebię, ku wolności.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz