DLA UŁATWIENIA
2 maja 1998r.
Uczniowie Hogwartu stracili swoją nadzieję, czyli Harrego Pottera. Walczyli długo lecz, bitwa była zgóry przesądzona. Tego dnia zginęło dużo młodych czarodziejów. Poległych było więcej niż żywych. Poddali się, wszelki prawa przestały obowiązywać.
Zakon Feniksa przyjął młodycz czarodziejów. Hogward trafił w ręce śmierciorzerców. Ogólnie nikt nie zwycięzył, ani nie przegrał. Wojna trwa do dziś. Nikt nie wie kiedy się skończy. Niktórzy z uczniów zostali porwani, obecnie służą jako niewolnicy śmierciorzerców. Jednak ich kledzy szukają ich wszędzie, niekiedy odnajdują swoich przyjaciół, albo sami trafiaja w niewolę. Hermiona wraz z Ronem przeżyli. Służą dla Zakonu Feniksa.
I
ZŁY LOS
1999
Panna Granger dostała kolejną misję. Niestety ktoś zdradził. Dziewczyna doświadczyła boleśnie na swojej skórze owa zdradę. Musiała uciekać przed neutralnymi czarodziejami, czyli takimi, którzy nie walczyli po żadnej stronie, jednak kiedy mieli okazję zarobić sprzedawaali informację, obojtnie której stronie, najczęściej tej co dawała więcej. Któż może dać więcej niż śmierciorzercy, którzy śpią na galeonach? Właśnie nikt. Przez takie nie pisane prawo kasztanowłosa została wystawiona na targ.
- Sprzedana za 9 kuntów!
Spojrzała w lewo, jej kochana różdżka, która tak dobrze się sprawowała została sprzedana tylko za 7 kuntów! Skandal! Brunetka pochyliła się do przodu, następnie szybko w tył. Tym sposobem odgarneła z czoła włosy. Ręce miała związane, ciasnym więzłem, nogi też. Jakkby tego było mało stała na dawnej szubienicy. Dziewczyna stojaca przed nią wyszła na środek. Rozległy się krzyki. Ludzi w tak trudnych czasach nie stać na wiele, ale tania siła robocza zawsze się przyda.
Niewolników było naprawdę dużo. Cieszyli się popularnościa w każdej wiosce, mieście lub siedzibach śmiercorzerców. Hermiona modliła się do Godryka o dobry los. Chciałaby trafić do miasta. Tam życie jest najłatwiejesze: mało pracy i tak dalej, jednak istnieje ryzyko, że mugolaczka mogłaby trawić do klubu ze stryptizem, a tego by nie chciała.
Przyszła jej kolej. Niepewnie weszła na scenę. Obok stali głównie starzy czarodzieje i jedna osoba ubrana cała na czarno: śmierciorzerca.
-Jak widziecie pannica-zaczął prezentację, stary handlarz-jest w dobrym stanie. Troche się trzęsie, ale to z zimna, nie jest chora na choroby weneryczne, sam sprawdzałem!-tłum zaśmiał się na ostatnie słowa. Były one kłamstwem, czego się nie robi dla uciechy ludzi?-To co? Może na początek 2 galeony?
- 1 galeon!
Handlarz skrzywił się, zdawał sobię sprawę z panującej biedoty w jego wsi. Dawno nie sprzedał jakiejś kobiety za więcej niż 5 galeonów. Poza tym zaczął od dwóch, a jakiśtam czarodziej rzucił jeden... westchnął zrezygnowany.
-Jeden?! Dobrze, dobrze... kto da więcej?!
Na scenę wkroczyła ciemna postać. Szła prosto w stronę handlarza. Ten drugi zaczął się pocić, widać bał się sług Sami Wiecie Kogo. Szeptali cos do siebie po ciuchu. Stary handlarz podbiegł za scenę. Rozglądał się po czym wrócił do mężczyzny w czerni i cos mu wyjaśniał. Kulił się przd nim. Zaczął się trząść. Z takiej perspektywy przedstawiał obraz nędzy i rozpaczy.
Kiedy czarna postać wróciła na swoje miejsce handel ruszył nalej.
-1 galeon poraz pierwszy!
Cisza.
-1 galeon poraz drugi!
Cisza.
-1 galeon poraz...
-3 galeony!
Wszyscy zebrani odwrócili się w strone ciemnej postacie, ale nie tej co rozmawiała z handlarzem. Okazało się, że za ścianą jednego z domów stał inny śmierciorzerca. Teraz każdy patrzła na niego.
-3 galeony poraz pierwszy!
-3 galeony poraz drugi!
-6 galeonów poraz trzeci! SPRZEDANE!
Mężczyzna podeszedł do nieuczciwego handlarza, wręczył mu pieniądze, tak jak poprzednio powiedział dał trzy galeony, nie dał się przechytrzyć. Ruszył w kierunku Hermiony, ta cofnęła się odruchowo. Śmierciorzerca złapał ją za rękę. Aportwali się.
Brunetka spojrzała na miejsce w którym teraz była. Krwistoczerwone ściany, ciemna, drewniana podłoga, bardzo ładne akty na ścianach. Ciemna sofa, dopasowane do niej fotele i biblioteczka na ksiażki. Tych było bardzo dużo: sięgały aż do sufitu. Dziewczyna zoriętowała się, że śmierciorzerca ją obserwuje. Chciała mu coś powiedzieć kiedy to pomieszczenia weszły młode kobiety.
Przedstawiały obraz nędzy i rozpaczy. Ubrania zwisały na ich chudych ciałach. Hermiona dostrzegła liczne siniaki, zadrapania i lizny u dziewczyn. Każda z nich patrzyła na brunetkę współczująco.
Pierwsza przypominała posturą czterynastolatkę. Miało nie więcej niż metr piędziesiąt. Zielone, wyłupiasne oczy patrzyły na mężczyznę ze strachem. Nos był lekko skrzywiony, mugolaczka miała przeczucie, że kiedys taki nie był, jakby ktoś go jej złamał. Włosy sterczały na wszystkie strony, miały ładny odcień, rude, przypominały Hermionie o jej koleżance: Ginny.
Obok rudowłosej stała, nieco wyższa dziewczyna. Jej włosy zlewały się z sofą. Wzrok miała skierowany na dywan, przez co nie było widać koloru jej tęczówek. Usta wykrzywiła w niemym grymasie, te były nico jakby rozcięte po lewej stronie. Ogromny siniak widniał na policzku ciemnowłosej.
Trzecia z dziewczyn chowała się za drugą. Cała jej twarz pokryta była w zakrzepłej krwi, prawdopodobnie jej krwi. Kolor włosów kojarzył się Granger z największym wrokiem szlam z Hogwartu: Draconem Malfoy`em. Mimo tego wiedziała, iż nie będzie uprzedzona do dziewczyny, wyglądała ona na cierpiącą.
Hermiona została popchnięta na podłogę. Mężczyzna zdjął maskę. Brutenka spojrzała w twarz jej właściciela. Skąds go znała. Kiedy ja walna w policzek pięścią przypomniała sobie. To kolega Malfoy`a, Blaise Zabini.
Czarnoskóry poszedł prosto korytarzem, na odchodne rzucił:
-Zajmijcie się nią!
Kiedy znikł za zakrętem blądynka rozpłakała się. Reszta z niewolnic podeszła do brutenki. Pomogły jej wstać i zaciągnęły do drzwi. Mugolaczka znalazła sie w małym pokoju. Nie wyrużniał się niczym szczególnym, jednak były w nim dwa łóżka.
-Usiądź.
Dziewczyna grzecznie posłuchała poleccenia. Zaraz potem dostała troche wody. Wypiła napój jednym duszkiem. Ugasiła pragnienie, palące jej gardło od kilku godzin.
-Będziesz spała z Esterą.
-Dobrze, ale...- brutenka zawsze pierwsza zgłaszał sie do dopowiedzi w szkole. Znała odpowiedź na prawie każde pytanie. Teraz nie wiedziała nawet o co dokładnie ma zapytać. Nie miała pojęcia która z dziewczyn to Estera, nie wiedziała co to za miejsce, nie to wiedziała: siedziba śmierciorzerców. Dostała to czego obawiała się od rozpoczęca misji.
-Wyjaśnię ci wszystko.-Granger przytaknęła, zadowolona z inteligencji ciemnowłosej.-Estera do ta blodynka-wskazała palcem na blondynkę kulącą się w kącie-ja jestem Aurelia, a to jest- pachnęła ręka na rudowłosą- Celina. Wszystkie służymy panu Zabiniemu, co miesiąc mamy nową ymm... no towarzyszkę, bo wiedzisz jedna z nas niedługo z tąd odejdzie. To skaplikowane...
-Koleżanka chciała powiedzieć-przerwała jej rudowłosa-że jedna z nas posłuzy za marionetkę. Śmierć na miejscu.
-Tak , to przykre, ale Celina ma rację. Rzucą na nas Imperiusa i wystawią na pierwsza linie w wojnie, my walczymy nie z własnej woli, takie życie. Tylko pamiętaj: nie możesz się załamać! Spójrz- kiwnęła głowa na Esterę-ona cierpi każdego dnia, bo boi się, że niedługo zginie. Dlatego właśnie nie warto przejmowac się taka błachostką, zapomnij. Przejde to innych spraw, otórz popełniłaś ogromny błąd. Nigdy nie wolno patrzeć panu w oczy. Jesteśmy takimi skrzatami domowymi, bo tych nie ma. Wszystkie podobno są w głównej siedzibie sług... Sama Wiesz Kogo. Nie zadawaj abyt wielu pytań. Umilaj sobie czas męki.
Uśmiechnęła się, a następnie pobiegła gdzieś. Hermiona spojrzała na Celinę. Uniosła pytajaco brwi.
-Poszła zrobić mu kolację. My swojej nie dostajemy.
-Rozmumiem, a kiedy no dostanę coś do jedzenia? Nie chcę być nieuprzejma...
-Jeśli on nie będzie patrzył, ale kidy jest to nie jemy.
Kasztanowłosa oniemiała.
-Jakto nie jecie?-ledwo co zdołała ułożyć zdanie-Przecierz to karygodne. Musicie coś jeść! Nawet skrzaty dostawały jeść!
-No cóż my nie dostajemy. Skoro mamy zginąć to po co nas karmić? Kradniemy jedzenie z kuchni raz na jakis czas, nie za wiele.
-Słyszałam, że niewolnice śmierciorzerców służą im też jako...
-Nie wymawiaj tego słowa w mojej obecności. Zanim pojawiła się Estera gwałcił każdą z nas. Później zają się nią, teraz tylko ona chodzi wieczorami do jego sypialni, więc łóżko będzie twoje.
-Chyba nie zawsze, przecierz...
-Zawsze. Idź już spać. Na kąpiel nie masz co liczyć. Tylko blondi może się kąpać, ale raz na tydzień.
Mugolaczka chciała się połozyć, jednak kiedy spojrzała na Esterę sumienie jej na to nie pozwoliło. Usiadła obok blondynki i zaczęła gładzić jej plecy. Siedziała obok niej, dopółki nie przyszła Aurelia i nie kazała iść Esterze do Zabiniego. Gryfonka zasnęła z wielkim trudem.
Biegła długim korytarzem. Nie czuła nóg, jednak wiedziała, że jeśli zwolni złapią ją. Większość dziewczyn wybiegła z domu. Hermiona usłyszała jakiś cichy huk. Odwróciła się.
Ginny leżała na podłodze, ciężko dysząc. ,,Nie, nie nie..." Granger podbiegła do koleżanki. ,,Wstawaj Gin!" wołała. Rudwłosa powoli zamykała powieki, kasztanowłosa nie jej zostawić. ,,Pomóżcie jej, ja ich zatrzymam!" krzyknęła do towarzyszek po drugiej stronie. Przeskoczyła nad ciężko ranną dziewczyną i pognała przed siebię. Wieśniacy biegli z rużdżkami przed sobą, tak jak i Hermiona. Zaczęła się walka na zaklęcia. Była nierówna: jedna dziewczyna przeciw pięciu facetom. Nagle usłyszała ,,Crucio!"
Obudziła się zalana potem. Ciężko dysząc wstała z łóżka.
-Chodź pokażę ci gdzie jest kuchnia,-powiedziała Celina- zaniesiesz śniadanię panu.
Rudowłosa ruszyła, a Hermiona wraz za nią.
Kiedy dotarła do kuchni zoriętowała się, że jest ona przystosowana do skrzatów. Obok pieca były nawet małe posłania. Celina wyjaśniła jej, że musi wszystko robić na klęczkach, doradziła też aby nałozyła Zabiniemu za dużo, jeśli on nie zje to ona będzie mogła co nieco po drodze skubnąć.
Zerknęła na menu tego dygodnia. Problem polegał na tym, że każdego dnia na śniadanie Blaise jadł cos innego, a ona nie wiedziała który jest teraz dzień. Zastanowiła się ile dni trwała misj, doszła do wniosku, że chyba trzy. Wyruszili w sobotę, więc teraz musi być wtorek. Spojrzała na wtorek, a później na dół.
WTOREK
ŚNIADANIE: Kawa (2 łyżeczki), owoce ( nie suszone, najlepiej truskawki, pokrojone), świeże pieczywo (jasne nie ciemne, miękkie) z miodem lipowym, kawałek sernika (dosć spory).
Marnotractwo, tylko takie słowo oddawało najlepiej sens śniadanie Zabiniego. Po co tyle jeść i jak można to robić, wiedząć, że inni głodują? Kasztanowłosa nie wiedziała, ona sama szanowała wszystkich. Nałożyła na srebrną tacę kawałek ciasta. Odczekała chwilę, następnie zalała kawę, z gotowym posiłkiem ruszyła do sypialni śmierciorzercy.
Celina mówiła, że do duże ciemne drzwi, ze złotą klamką. Gryfonka zatrzymała się przed drzwiami z tacą. Zastanawiał się czy zapukać, nie posiadała skrzata, więc nie wiedziała jak ten by się zachował. Postanowiła nie narażać się Zabiniemu półki nie ucieknie, bo taki miała zamiar. Trzęsącą się ręką trzymała ciężka tacę, niepewnie zapukała. Nikt jej nie odpowiedział. Odczekała dla pewności jeszcze chwilę, nadal nic. Otworzyła drzwi i zaraz tego pożałowała.
Czarnoskóry leżał na Esterze. Dziewczyna cicho płakała i pojekiwała. Hermiona wbiegła na paluszkach do pokoju, zostawiła tacę i wybiegła z niego, prawie potkneła się o dywan. Z szybko bijącym sercem wbiegła do swojego tymczasowego pokoju. Usadowiła się w miejsce Estery i zaczęła płakać. Łzy ciekły jej przez cały dzień, nie potrafiła nad nimi zapanować. Późnym popołudniem stawiła się u Zabiniego. Pomyliła dni i dostała naganę. Myślała, że to bedzie wszystko jednak, mężczyzna nie zamierzał jej tego tak łatwo darować. Bił ją bez opamiętania.
Dni mijały Gryfonce na słuzbie i snuciu planu ucieczki. Jak dotąd nie wymyśliła nic pożytecznego. Nie chciała pogodzić się z mysla, iż z tego miejsca nie da się uciec. Nawet nie spostrzegła kiedy minął miesiąc.
Do Blaisa przyszli dwaj śmierciorzercy. Najzwyczajniej w świecie pilni z nim kawę, jakby nie trwała wojna. Hermiona obserwując ich myślała, że wojny nie ma, że się skończyła. Znów się myliła, dwaj mężczyźni wywlekli Aurelię. Dziewczyna była pogodzona z losem. Jednym spojrzeniem pożegnąła dwie pozostałe dziewczyy, dopiero wtedy Granger zrozumiała, iz to czeka także ją. Zaraz po tym zdarzeniu czarnoskóry przywdział swój płascz i maskę, następnie wyszedł.
Kasztanowłosa nie zamierzała umierać tak wcześniej w najlepszym wypadku miała dwa miesiące na ucieczkę. Znów zastanawiała się jak nawiać. Teleportacja odpadała, na dom zostały rzucone silnezaklęcia. Bezpośrednie wyjście też nie, bo drzwi nie chciały się dla niej otworzyć, widocznie tylko śmierciorzercy mogli przez nie przechodzić. Okna również były zabezpieczone. Powoli traciła nadzieję. Zerkneła na piękne ksiażki. Panienki z aktów smiały się z niej. Powoli, bardzo powoli zaczynała poważnie mysleć nad samobójstwem, ablo to albo smerć na placu boju, jednak wiedziała, że wtedy walczyłaby dla Lorda Voldemorta. Estera podała brązowookiej herbatę. Zdziwiona Gryfonka zoriętowała się, że obie dziewczyny właśnie teraz jedzą. Zabrała się za posiłek. Wiedziała, że Zabini może w każdej chwili wrócić.
Posprzątały po sobie i czekały za drzwiami. Granger z góry współczuła owej dziewczynie, którą zaraz ujrzy. W salonie pojawił się Blaise z blondynką. Cała jej twarz była pokryta krwią oraz śińcami, jednak Hermiona niegdy w życiu by nie zapomniała tak odwarznego spojrzenia. Dziewczyna spokojnie kroczyła po salonie. Zainteresowała się regałem z książkami. Jeździła po nich palcami. Kiedy Zabini to zobaczył zdzielił ją pięścia po i tak uszkodzonej twarzy. Blondynka nie przejeła się tym. Podniosła się z podłogi i znów zaczęła oglądać książki.
-Czy są tu może ksiązki o testralach-spytała spokojnym, niewinnym głosem. Słysząc ten głos człowiek chciał z nia rozmawiać.-Albo o narglach, a może macie tu Żąglera?
Luna zwróciła się bezpośrednio do Zabiniego ten nieco oniemiały odpowiedział:
-Nie,nie mamy Żąglera.- spojrzał, na pozostałe dziewczyny, po czym ruszył do siebie i na odchodne rzucił-Zajmijcie się nią!
Kiedy wyszedł Gryfonka pobiegła do blondynki. Tak dawno jej nie widziała, nie mogła uwierzyć w swoje szczęście.
-Luna-wołała-to naprawdę ty? Jak się cieszę!
Uściskała Lovegood. Ta odpowiedział jej tym samym.
-Wiesz nargle pomieszały Zabniemu w głowię. Miło cię widzieć. Kiedy podaja tu budyń?
Gryfonka westchnęła. Nawt w takbeznadziejnej syuacji Luna zachowywała się spokojnie.
Po kilku godzinach rozmowy ze swoja przyjaciołką blondynka wiedziała już tyle co Hermiona o zwyzajach, obowiązkach itp.
-Ja tu nie zostanę-zaczęła szeptem Hermiona-ucieknę.
-Dokąd?
-Jak najdalek stąd. Pomożesz mi?
-Pewnie, ale w czym?
-W ucieczce, co prawda jeszcze nie wymyśliłam jak z tąd nawieję, ale napewno cos wymyslę. Uciekniesz ze mną, będziemy wolne, zobaczysz.
-Dobrze, będę myślała nad ucieczką.
Luna dostała miejsce przy Celinie. Krukonka bez skrępowania przytuliła się do rudowłosej, tak zasnęła: bez tsroki o swój los, bowim wieżyła, że wszystko się ułoży.
,,Biegnij, biegnij!" krzyczała dziewczyna ,,Biegnij Luna! Oni są blisko!" Blondynka niesiona przeczuciem skręciła w lewo. Skuliła się pod ciemną skałą i siedziała tam, sama niewie ile. Słyszała krzyki i jęki. Bała się wyjrzeć wiedziała, że gdzieś tam są śmierciorzercy, że biora jej przyjaciółki do niewoli, ona jednak wciąż siedziała w miejscu. ,,Crucio!", ,,Avada Kedavra!" słyszała niewybaczalne zaklęcia, mnóstwo niewybaczalnych zaklęć. Zamknęła oczy.
-Wstawaj! Ej!
Celina walnęła blondynkę, ta nadal spała, więc zwaliła ją z łóżka. Hermiona usiadła obok niedawno co przebudzonej dziewczyny.
-Musimy wysprzątać salon-westchnęła-pan ma mieć gości.
Wielki, niebieskie oczy spojrzały na brutenkę.
-Jaki pan?
-Zabini.
-To nie jest mój pan, nie mam żadnego pana. Uśmiechnij się Hermiono, przecierz sama mówiłaś, że uciekniemy.
-Gdyby to było takie łatwe...
Wstały i udały się do dużego pokoju. Tam czyściły każdy zakamarek. Podłoga, niegdys zabłocona teraz lśniła blaskiem. Można było się w niej przejrzeć. Grube warstwy kurzu też zniknęły, wreszcie mozna było oddychać. Nawet akty zostały wyczyszczone z pyłków i ubrudzeń. Nagie koiety podczas czyszczenia śmiały się do niewolnic zachęcająco, jedna nawet pokazała język do Gryfonki, wtedy Luna podeszła do obarazu i za koleżankę odpowiedziała kobiecie tym samym, odwróciła równiez obraz. Wyrobiły się z czasem, w sama porę. Akurat kiedy skaczyły Zabini wszedł do pomieszczenia, aby obejrzeć jak im idzie. Zadowlonony skinął głową, następnie podał im menu.
-Dlaczego tu pisze: razy trzy?-spytała niewinnym głosem Luna-przecierz nas jest czwórka z tobą Blaise, to piatka i jeszcze goście...
Zdenerwowany czarnoskóry uderzył Krukonkę. Wcale nie żałował swojej decyzji. Obserwował dziewczynę, kiedy ta wstała i spojrzała na niego nic nie rozumiejącym wzrokiem, zdenerwował się jeszcze bardziej. Powtórzył, więc ruch ręki. Bił ją i bił, aż wreszcie nie wstała. Zadowlonony ruszył do siebie, aby się przygotować.
-Luna, słyszysz mnie? Spójrz na mnie...-błagała kasztanowłosa-Luna...
Lovegood podniosła się z podłogi. Otarła czoło z krwi.
-Wszysto dobrze.
Nie miały czasu na dalszą konwersację praca czekała. Każda z czarodziejek dostała przydziała: Ester robiła sałatki, Hermiona desery, a Celina resztę dań, Luna miała zająć się drinkami i obsługą. Dawniej nie robiła trunków, nie wiedziała od czego zacząć. Otworzyła kilka butelek i nalała do nich alkoholu. Powtarzała tę czynnosć, dopółki szklanki nie były pełne. Zamieszała wszystko, aby wyglądało ładnie dodała jeszcze truskawkę na wieszch szklanki. Zadowolona z efektu poszła do salonu. Zastała w nim trzech mężczyzn ubaranych tak samo.
Czarne spodnie i garnitury, idealnie przylegające do ciała. Jeden z nich miał swój rozpięty. W takim samym odcieniu koszulę. Wszyscy śmierciorzercy rozpięli po kilka guzików.
Dziewczyna rozpoznała dwóch facetów. Pierwszy siedział na kanapie. Był to Zabini. Śmiał się z czegoś, obok niego siedział Nott. Jego ciemne włosy od razu rzuciły się blondynce w oczy. Rozwalił się na sofie, ale siedział cicho. Miał posępną minę. Trzeci zaś nosił maskę. Luna nie pogła nadziwić się jej zdobienią. Inaczej zapamiętała maski śmierciorzerców. Ta napewno była inna. Dominowały na niej trzy koloy: czarny, biały oraz złoty. Zdobienia wraz ze wzorkami były złote, przectawiały śliczne zawijaski. Białe plamki zlewały się z czarnymi tworząc hipnotyzujące tło. Mimo tej tajemniczości, którą dawał maska, chłopak przyciągał spojrzenie Luny oczami. Miały odcień wyblakłego morza, szare, zimne, kojarzące się z lodem, teraz spoglądały na blondynkę. Pewnie innna dziewczyna zawstydziłaby się, Lovegood natopiast lustrowała śmierciorzercę wzrokiem. Zerknęła w dół na jego klatkę. Nie pożałowała tej decyzi. Po pierwszym spojrzeniu było widać, iż chłopak cieszył się dobrą formą, jego klatka piersiowa przypominała klatkę jakiejś rzeźby, była zbyt idealna. W przeciwieństwie do kolegów ów facet siedział na fotrelu. Nie śmiał się, nie rozwalił nóg, jako jednyny nie wziął trunku.
Luna robiąc kolejne drinki rozlewała ognistą po barku. Chciała jak najszybciej tam wrócić.
-Luna zanieś im te desery-Celina zwracała się do blondynki, jednak czujnie obserwowała ciasto w pieciu-jak chcesz to mogę ci pomódz.
-Nie dziękuję, poradze sobię.
Lewdo co się zabrała z trzema nacami. Upchnęła na nich również alkohole. Mężczyźni śmiali sie do rozpuchu, ten w masce wciąż milczał. Gdy ujrzał blondynkę dyskretnie uniósł wargi.
-To co popilnujesz ich?-pytał Zabini-Są naprawdę grzeczne, to raptem trzy dni.
Człowiek w masce spojrzał na Lunę, a następnie na Blaisa, kiwną z wolna głową.
-To świtnie! Ej, ty-pachnął dłonią na dziewczynę-przyprowadź resztę!
-Teraz?
Czaroskóry ściągnął brwi. On trudzi się i opowida jakie to jego niewolnice są grzeczne, uczynne i posłuszne, a ona śmie się go o coś pytać i to w obecności innych śmierciorzerców?
-Tak.
Bardziej wywarczał to słowo. Krukona skinęła uprzejmie głową. Nie przejeła się krzywym spojrzeniem chłopaka.
Po chwili w salonie zjawiły się cztery niewolnice. Balise przywołał do siebię Esterę, Celina podeszła do Teodora, zaś Hemiona stała wiernie obok Luny. Mężczyzna w fotelu wyciągnał ręke do dziewczyny, Luna wahała się trochę. Chwyciła wyciągniętą dłoń, znismaczony śmierciorzerca odepchnął ją. Wstał, ominął blondynkę i pociągnął stojąca za nią kasztanowłosą do sibię. Zmusił Gryfonke do uklęknięcia przy swoich nogach. Ta trzęsła się z początku.
Całe spotkanie przebiegało w spokoju. Lovegood obsługiwała czarodziejów, nawet niewolnice dostawały jakieś resztki. Po skączonym spotkaniu Zabini zamknął się u siebię z Esterą. Rudowłosa uznała, iż to jej kolej sprzątania, dzięki temu dwie przyjaciółki poszły spać.
,,Pomocy!" dziewczyna słyszała krzyki, biegła dalej przed siebię, prosto w ciemny las. ,,Nie proszę, tam jest moje dziecko! Nie!" Czarodziejka odwróciła się. Mała chatka stanęła w płomieniach. Jakaś kobieta stała przy śmierciorzercach i wrzeszczała na nich. Inni mieszkańcy wieski próbowali uciec, jednak ognisty smok pochłaniał wszystko. Czystokrwista schowała się za krzakami. Przyciągnęła gałązki do siebie, aby te ją zasłaniały przed wzrokiem sług Tego Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać. Obserwowała zza zarośli toczący się horror. Na niebie pojawiła się zielona czaszka, z której wyślizgiwał się wąż. Mroczny Znak rozświetlał niebo, biedni ludzie biegali dookoła. Nie wiedzieli, że sa teraz w wielkim kręgu ognia. Żywioł powoli pochłaniał wszystko.
Hermiona obudziła się. W pomieszczeniu panował półmrok. Ujrzała trzęsącą się koleżankę. Bluzka przesiąkła potem, włosy też. Otwierała usta w niemym krzyku. Gryfonka potrząsnęła nią. Nie miała zamiaru patrzeć na cierpiąca Lunę. Blondynka otworzyła oczy. Położyła rękę na sercu i wyszeptała:
-Ucieknijmy dziś wieczorem...ja dłużej nie wytrzymam.
Kasztanowłosa westchnęła.
-Ja też.
Usadowiła się obok Lovegood. Leżała na skrawku, bowiem dwie pozostałe dziewczyny zajmowały większość miejsca. W końcu przyjaciółki poszły do wolnego łóżka Granger, a tam zasnęły. Tym razem, żaden koszmar je nie męczył.
Późnym popołudniem przyszedł człowiek w masce. Luna myła wtedy podłogę, nie mogła się powstrzymać, patrzyła łapczywie na śmierciorzercę.
Nie założył długiej peleryny, charakterystycznej dla sług Sami Wiecie Kogo. Przywdział czarny garnitur, tego samego koloru spodnie i koszylę, rozpiął ją przy szyi, krawatu nie miał, ani muszki. Przywitał się z Zabinim, ten drugi był już gotowy, założył tylko maske i wyszedł, zostawiając blondynkę sam na sam z człowiekiem w masce.
Skanowała te piękne, szare tęczówki. Śmierciorzerca zerknął na nią, ta w brew woli uśmiechnęła się. Szybko uzmysłowiła sobię ten błędny gest, ale głowy nie spóściła. Wiedziała, iż nic by to nie dało. Kiedy chłopak minął ją poczuła zamach wody koląńskiej, nie za silny taki, który drażniłby noc, tylko delikatny, orzeźwiający zapach. Miała ogromne szczęście, mężczyzna minął ją nie wyżądzając dziewczynie żadnej krzywdy. To, co dziwne, wcale jej nie zdziwiło, w głębi duszy wiedziała, iż on jej nie ukarze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz