III
SŁOŃCE PO BÓRZY
Luna biegła przez las. Jej bose stopy łamały suche gałęzie. Rękoma odgarniała liście oraz łodygi. Drzewa rosły dość gęsto, co utrudniało dziewczynie ucieczkę przed śmierciożercą. Gonił ją już od godziny. Był bardzo wytrwały, ale glupi nie używał magii. Mógł powalić blondynke jednym zaklęciem, nie zrobił nic podobnego. Prawdopodobnie chciał, aby cierpiał bardziej, może wolał załatwiać takie sprawy pięściami, z sługami Czarnego Pana nigdy nic nie wiadomo.
Poślizgnęła się na mokrych liściach. Stęknęła z bólu. Dziecwzyna spróbowala wstać. Szybko tego pożałowała. Skręciła kostkę, uniemożliwiła obie dalszą drogę. Poza tym była już wyczerpana. Od kilku dni jej marne zapasy żywności się skończyły i głodowała. Długa wędrówka tez odcisnęła na niej swoje piętno. Miała mnustwo pęcherzy na nogach, jak i rękach. Nikt z małych wiosek nie chciał udzielić jej schronienia, nikt. Ludzie się boją, uważaja innych przedstawicieli gatunku za nic. Wszystko się sypie. Wojna toczona pomiędzy Lordem Voldemortem, a Zakonem Feniksa winiszcza wszystko. Już nie ma dobrych, są tylko źli i gorsi.
Luna zdjęła bluzę. Zamoczyła ją w błocie i zarzuciła na siebię. Nstępnie schowała się za dużym, starym drzewem, prawdopodobnie bukiem. Liczyła, że śmierciożerca jakims códem jej nie zauważy. Mógł przecież przegapic takie małe zawiniątko pod drzewem. Skuliła się bardziej. Z oddali dobiegały szybkie kroki. Stawały się coraz wolniejsze, aż w końcu całkiem ucichły. Ktoś stał za dziewczyną.
Niepewnie odwróciła głowę. Napastnik celował w nią różdżką. Żałowała, iż nie ma swojej, przydałaby się. Blondynka patzryła w magiczny patyk, jak zahipnotyzowana. Nie miała już nadziejii. Nawet ona jej nie została. Czekała cierpliwie na ,, Avada Kedavra", ablo ,,Crucio". Jednak żadne z tych zaklęć niewybaczalnych, teraz na porządku dziennym nie padło.
Mężczyzna skierował różdżkę na nogę Luny. Nie wypowiadając rzadnej formuły rzucił zaklęcie. Kostka dziewczyny była jak przed skręceniem. Spojrzała zakłopotana na śmierciożercę ten wyciągnął ręke w jej stronę. Przyjęła dłoń.
-Szukałem cię wszędzie, a kiedy cię znalazłem ty uciekłaś.
Blondynka otworzyła usta. Nie dane jej było coś powiedzieć. Śmierciożerca przytulił Lunę z całej siły do swojej klatki piersiowej. Westchnął przy tym z ulgą. Czekał na tę chwilę od kilku lat.
Luna też go przytuliła. Wreszcie, niewiedząc czemu czuła się bezpieczna. Oto właśnie jej chodziło.
Zarzął padać deszcz. Dwójka czarodziejii schroniła się pod drzewem. Z nieba lało coraz mocniej. Chmury zrobiły się czarne. Pogoda przywodziła na myśl koniec świata. Ciarki przeszły blondynkę.
-Pozwolisz, że zabiorę cię do siebię?
Uniosła brwii. Nie znała go. Był śmierciożercą. Wyglądał groźnie. Mimo to nie wydawał się groźny, czy niebezpieczny, ponadto spytał się ja o zdanie, a nie rzucił rozkaz. Kiwnęła głową, jeszcze nie do końca pewna swojej decyzii. Chwyciła jego dłoń, aportowali się.
*
Wylądowali w dużym salonie. Był użądzony w bardzo bogatym stylu, ale prawie wszystkie dekoracje pogrążały pokój w wielkim smutku. Czarny dominował, oprucz niego był jeszcze szary i ciemny ziielony. Można by w takim miejscu dostać depresjii. Wielkie węże wiły się po ścianach, oczywiście węże namalowane farbami, lub magią, nie żywe, aż tak źle nie było.
Po prawej stronie pod czterema zasłoniętymi oknami, stala ogromna również ciemna sofa. Tak włąściwie to poduszki były szare, węże na ścianach zielone, a reszta czarna. Ponadto czarodzieje przybyli do tego pomieszczenia w nocy, więc prawie nic nie byłow idać. Śmierciożerca nie zapalił światła, ani jednego.
On pasował do tego miejsca idealnie. Mroczny, opanowany i dziwnie szczęśliwy, ale zbytnio tego nie okazujący. Położył dłoń na włosach dziewczyny. Zaczął je przewracać w palcach z czcią. Lekko popchnął Lunę do przodu. Długie schody prowadziły na górę. Śmierciożerca zaprowadził blondynkę do małego pokoju. Wskazał ręka łóżko. Uciekinierka była tak zmęczona, że bez zbędnych słów położyła się i zasnęła.
Sługa Czarnego Pana stał przy śpiącej dziewczynie przez parę godzin. Nie zamierzał odchodzić, nie teraz kiedy ją znalazł. Przykrył chude ciało szczelniej gruba kołdrą, nie chciał aby zmarzła. Obiecał sobie, że Luna już nie będzie musiała cierpieć. Nigdy więcej żalu, smutku, bólu.
Świat jest okrutny, zawsze taki był i będzie. Ma swoje jasne strony oczywiście, prawie każdy je ma, Niestety ma też ciemna stronę, tą gorszą, przepełniona żalem i cierpieniem. Mężczyzna znał dobrze te drugą, tera -chciał poznać pierwszą. Miał nadzieję, nie on wiezył, iż z Pomyluną to możliwie. To ona była jasnym promyczkiem w ciemnym korytarzu, rozświetlającym mu drogę.
*
-Luno, Luno...
Otworzyła oczy. Przed nią stał mały skrzat, bardzo młody. delikatnie klepał blondynkę po ramieniu. Widocznie bał się popełnić jakiś błąd. Luna obdarzyła go uśmiechem. Skrzat odwzajemnił dziewczynie dobre, dobrym i również się uśmiechnął.
Podniosła się na łokciach. Leżała w małym łóżku. Ten pokój różnił się znacznie od salonu. Przedewszystkim dominował w nim kolor liliowy, nie czerń. Wszystko tu było miłe, skromne i jasne. Oka zostały otwarne, wpuszcałuy do pomieszczenia cenne światło pięknego dnia. Zasłony, w kwiaty oddawały dobry nastrój dziewczyny. Prawie każada dekoracja zawierała jakieś rośliny.
Luna odrzuciła kołdrę na bok. Zauważyła, że ma na sobię inne ubranie. Ktoś ją przebrał w fioletową piżamę. Trochę ją to zaniepokoiło, ale skoro miała odwagę pujść z nieznajomym to nie miała teraz prawa się dziwić, czy bać. To była niewymuszona decyzja, której konsekwencje musiała ponieść. Wstała. Poczuła pod stopami gładkie futro, przez chwile myślała, że ustała na kota, myliła się. Stała na dywanie z niedźwiedzia. Dziewczyna uklękła i zaczęła dotykać nakrycie podłogi.
-Pan prosi na śniadanie.
Spojrzała na skrzata. Nie chciała się sprzeczać. Nigdzie nie zauważyła swoich ubrań, więc skinęła głową i zeszła na dół w piżamie. Dom wydawał się mniej ponury za dnia, ale i tak nie dość przyjazny dla oczu zwykłego człowieka. Dziewczyna bała się dotknąć czegokolwiek. Wszystko wydawało się takie delikatne i kruche. Jakby ktos specjalnie postawiła takie nietrwałe rzeczy i czekał na porażkę kogoś innego.
W jadalni czekał śmierciożerca. Miał spuszczony wzrok, nieobecny, ale kiedy zobaczył Lunę jego obliczę zmieniło się od razu. Na smutną, zapracowaną, piękną twarz wkradł się usmiech. Widocznie rozbawiło go to w jakim stroju przyszła uciekinierka.
Pamiętał wybryki, a raczej odchyły tej dziewczyny ze szkoły, ale tego się nie spodziewał. Zaskoczyło go to pozytywnie. WStał i odsunął dla niej krzesło. Śniadanie jedli razem, uśmiechnięci. Śmierciożerca jeszcze nigdy tak nie zaczął dnia. Zwykle z rana narzekał na wieczny pesymizm, głównie swój, a tu taka nispodzianka.
-Choć do nas.
Skrzat zerknął na swojego pana, a potem na nieznajomą. Wszyscy inni czarodzieje, jakich widział wrzeszczeli na niego, bili go, a ona zaprosila go do stołu i jeszce odsunęła mu krzesło.
-Usiądź, Pasożycie.
Blondynka uniosła brwi.
-Czemu go tak nazywasz?-rzachnęła się-Brzydkie te jego imię. Nazwijmy go Żabką, bo ma takie wilekie, zielone oczy...podoba ci się Żabka?
-Tak, chyba tak. Ładnie.
Pan nie protestował. Właśnie na to liczył. Cieszyła go swoboda Luny, inna dziewczyna zadawałaby pytania, krępowała się, ale nie ona.
-Dostanę bydyń?
-Oczywiście.
Skrzat znikł w kuchni, on tez się cieszył z takiego gościa. Panna Lovegood sprawiła, że w ponurym domu zagościała radość i to tak od razu.
-Zdejmiesz maskę?
Zamiast odpowiedzieć zdjął okrycie twarzy. Luna zaczęła się śmiać, więc on też. Sami nie wiedzieli co ich cieszy. Skrzat widząc to pomyślał, że doczekał się wreszcie tej chwili, w której jego pan jest szczęślwy.
*
Człowiek w masce jeszcze nigdy nie był tak szczęśliwy. Cieszył się z drobnostek. Dziewczyna sprawiła, że cały dom tryskał radością. Dzięki Lunie można było zapomnieć o umierających ludziach, którzy sprawiedliwości nigdy już nie doświadczą, przez obie ze stron.
Blondynka zaklimatyzowałą się dość szybko w nowym, lepszym otoczeniu. Zrozumiala, iż znalazł ją jej śmierciożerca.
*
Dziewczyna siedziała w ogrodzie. Wszystkie niegdyś cieszące oczy rośliny poumierału. Nawet ich wojna nie oszczędziła. Teraz miały jakąś stosowną opiekę i rodziły się na nowo, jeszcze piękniejsze. Prawe skrzydło ogrodu wyglądało coraz lepiej, niestety lewe umarło bezpowrotnie.
Luna usunęła ostatniego chwasta. Niczym pasożyt trzymał się umarcie pięknej róży, jak człowiek, który żeruje na innych ludziach.
Śmierciożerca położył dłoń na ramieniu blondynki. Odwruciła się w jego stronę zarumieniona. Mężczyzna wyjął z kieszeni marynarki łądnie zapakowany przedmiot. Podał go towarzyszce. Ta westchnęła z ulgi. Trzymałą w dłoniach swoją różdżkę. Wyglądała jak nowa.
Rzuciła się w ramiona człowieka w masce. Teraz to on wzdychał z ulgi. Ubjoł delikatnie kruche, jeszcze nie dość wytzrymałe ciało.
-Dziękuję.
Pocałowała głodny metal. Czasami żałowała tego, że tak piękna twarz jest codziennie zasłonięta maską. W takich chwilach chciałaby ją wyrzucić, albo schować gdziś, gdzie by jej nikt nie znalazł.
On otarł się policzkiem o jej policzek. Pierwszy raz sprawił komuś przyjemność, którz może nie była zbyt legalna, może przez przywłaszczenie sobię różdżki teraz dziewczyny umrzeć, ale dla niej warto się poświęcić.
-Skąd ją masz?
Odkrząknął.
-Po skończonych misjach oddajemy swoje łupy Czarnemu Panu. Różdzki są zbierane w szczególności. Kiedy przyjdzie wojna każdy będzie miał dwie do dyspozycji.-urwał-Nie zabardzo możemy je brać bez pytania, ale nieprzejmuj się.
Mężczyzna chwycił dziewczy ne w ramiona. Zaczął się z nią kręcić w kółko. Skrzat widząc tą piękna scenę zrobił im zdjęcie. Później fotografia trafiła na ścianę w sypialni człowieka w masce.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz